niedziela, 27 września 2015

Najprostsze, wegańskie praliny z suszonych owoców!+English version.


 Kolejny minimalistyczny przepis na słodkości! Pewnie sporo osób widziało już te rzekome "Snickersy" z daktyli na Facebooku, nie będzie to więc nic odkrywczego, jeśli opublikuję na nie przepis, który właściwie wynika ze zdjęcia :D. Są jednak ludzie, którzy nie egzystują na portalach społecznościowych i to chyba do nich skierowany jest dzisiejszy post, bo moim zdaniem, nieprzynależeni do żadnych takich internetowych tworór również mają prawo je poznać, zrobić i spróbować :). A naprawdę warto.

 Niektórzy zarzucają tym daktylowym "Snickersom", że w ogóle nie przypominają oryginału. Będę tutaj bezstronna, ponieważ nie za specjalnie lubiłam te batoniki i rzadko je jadałam (ten karmel włażący w zęby, fuj!), z tego powodu mogę po prostu nie pamiętać ich smaku. Więc, dla złagodzenia sytuacji, aby nikt się nie czuł zawiedziony, ja nazywam je pralinami i dorzucam w bonusie jeszcze jeden, totalnie niesnickersowy smak.  Nie szukajcie podobieństw, cieszcie się super smakiem!

Ps. Dziasiaj po raz pierwszy publikuję przepis oraz uproszczony opis w języku angielskim i kaloryczność potrawy. Proszę o wyrozumiałość i ewentualne poprawki w komentarzach :)

Składniki:

-po 5 suszonych moreli i suszonych daktyli
-ok. 10 małych łyżeczek masła orzechowego (użyłam nerkowcowego, dla mnie najlepsze)
-1/2 tabliczki wegańskiej gorzkiej czekolady
-wiórki kokosowe do obtoczenia, ok. 50g

Daktyle i morele delikatnie nacinamy, tak aby się nie rozpadały. Do środka wkładamy łyżeczkę masła. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej, obtaczamy w niej owoce, następnie obtaczamy we wiórkach kokosowych. Wkładamy na godzinę do lodówki i zajadamy :)

Kalorie:

-cały przepis: 1260 kcal
-jedna pralinka: ok.126 kcal

English version:

DRIED FRUITS PRALINES

 The next minimalist sweet recipe! I think that many people have seen saw this alleged "snickers" made from dates on Facebook, so this recipe it's not a big discovery, when I publish how to prepare it.. How it's made, you can see on the photo :D But, for people who don't have Facebook, I decided to write this post for people who don't have Facebook, as they must try dried fruits pralines too!

 Some peopleone says, that theyit doesn't taste like the original Snickers. I don't mind, because I have never really liked this candy bar. Horrible carmel, which made toothache! and didn’t eat it often (this caramel sticking to my teeth, argh!) That's why I might don't not remember its taste. So, I called this version it "Pralines" and created the a new flavour! Enjoy :)

 This is my first post in English, I know it isn't perfect, but I'm writinge it to practice my language skills and I want it to it be clear for people who speak in another language. Oh, and nutrition value! Please, correct my mistakes in the comments.

Ingredients:

 -5 dried dates
 -5 dried apricots
 -10 little teaspoons nuts butter (I used cashews nuts butter, my favourite)
 -1/2 vegan dark chocolate
-50g shredded coconut shrims to garnish coat

 Cut carefully apricots and dates in halfs, put inside each of them to one teaspoon of a butter. Melt the chocolate in a water bath and dip, put  the fruits into a chocolate. Garnish in coat with the shredded coconut shrims, and put into the fridge for one hour. It's ready to eat :)


Calories:

-whole recipe: 1260 kcal
-one serving: about 126 kcal

środa, 23 września 2015

Opowieść o Lunie, czyli jak zmieniać świat.


 Była sobota. Siedziałam od rana w kuchni, zabieram się właśnie za pieczenie babeczek czekoladowych. Weszła moja mama i podała mi telefon, dzwoniła babcia. Coś mi opowiadała, zaczynało się dość monotonnie: "Sąsiedzi chcieli pojechać samochodem..." A jednak.
 Gdy chcieli wsiadać, zatrzymał ich ich pies. Mufi szalenie szczekał, wydawałoby się że zupełnie bez powodu. Lecz po pilniejszym przysłuchaniu, słychać też miauczenie KOTA. Jak się później okazało, poniekąd uratował mu życie. Sąsiad wraz z moim dziadkiem zaczęli rozkręcać silnik i po dłuższym czasie udało im się wydostać malutkiego, czarnego jak smoła zwierzaczka. Niestety, przerażony pobiegł szybko do ogródka moich dziadków i wspiął się na drzewo.
 Mama, choć porządnie przeziębiona, podjęła od razu decyzję o pojechaniu do dziadków. Babcia nie do końca wiedziała co zrobić w takiej sytuacji, jak dotąd nie miała doświadczenia w opiece nad kotami. Gdy przyjechałyśmy, kotka siedziała już w garażu, pod samochodem. Na oko, miała maksymalnie 1,5 miesiąca i była bardzo wychudzona. Patrzyła na mnie, trzęsąc się cała, swoimi pięknymi, piwnymi oczyma. Jednak gdy tylko trochę się zbliżałam, uciekała pod auto. Nakarmiliśmy ją: zjadła bardzo dużo, na raz jakieś 3 plasterki szynki i pół kubeczka serka wiejskiego! Przez cały dzień próbowaliśmy ją choć trochę oswoić, pogłaskać, jednak ostatecznie uciekła przez siatkę do sąsiadów. Zrezygnowane musiałyśmy w końcu wrócić do domu.
 Cały dzień martwiłyśmy się o nią. Ciągle nękały nas pesymistyczne myśli: że będzie jej w nocy zimno, że będzie głodna, że zaatakuje ją jakiś kot albo pies. Około godziny 21.00 zadzwoniła do nas babcia, miała dobre wieści. Kotek wieczorem przyszedł pod drzwi i zaczął miauczeć, a gdy został wpuszczony, wszedł do środka. Powoli pozwalał sobie na głaskanie i nawet branie na ręce. W końcu usnął i był w domu przez całą noc.Następnego dnia ochszciłam ją imieniem Luna, ze względu na zupełnie czarną sierść.
 Lunka jest u dziadków już piąty dzień i ma się coraz lepiej. Powoli tyje i radośnie bryka po podwórku, poznaje okolice, bawi się zabawkami. Jest teraz takim naszym "oczkiem w głowie" i mam wrażenie, że Cindy i Tyson są bardzo zazdrośni :D

 Musiałam podzielić się z Wami tą historią, ponieważ zauważyłam coś, na co nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi... Nie chcę też, aby moje wywody brzmiały jakoś zbyt wyniośle, jednak napiszę o tym. Zdałam sobie sprawę, że pomaganie jest bardzo proste i przyjemne-nie trzeba wcale być bogatym, ani codziennie udzielać się w schronisku, aby zmienić czyjś los na lepszy. Wiem to z własnego doświadczenia, bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że uratowaliśmy Lunce życie(!) Chyba dlatego, że jest to taki pozornie banalny uczynek-rozkręcenie silnika trwało tylko godzinę, karma i żwirek nie obciążają zbytnio budżetu, a widok radosnego, biegającego kocięcia tylko uszczęśliwia. Natomiast z drugiego punktu widzenia, ktoś zyskał dach nad głową, przestał głodować, nie zginął w tragiczny sposób i poczuł się kochany. Myślę, że TO są życiowe priorytety. Na dodatek zapewnione tak prosto, że nawet niezauważalnie dla pierwszej strony. Pamiętajmy, aby codziennie starać się pomagać: działajmy w swoim otoczeniu i wiedzmy, że małe zmiany czynią wielkie. Zacznijmy od okolicy i w ten sposób ulepszajmy świat!

Ps. No i stało się. Powaga postu sięgnęła zenitu. Wybaczcie, ale tak to jest, że czasami trzeba porozkminać porządnie o życiu.

czwartek, 17 września 2015

Akrobatyka-moja pasja. Trochę motywujących słów.



Chcieliście również posty o tematyce akrobatycznej, więc nareszcie macie, jest pierwszy :) Tak sobie myślę, że w kolejnych będę po prostu chwaliła się nowymi umiejętnościami, jeśli mogę praktykować takie popisywanie :D. Teraz napiszę jak to było na początku...
 Gimnastykę akrobatyczną zaczęłam trenować w grudniu zeszłego roku. Miałam roczną przerwę od wszelkich ćwiczeń, wcześniej chodziłam przez 7 lat na zajęcia taneczne. Nagle poczułam potrzebę podjęcia z powrotem jakieś aktywności (no dobra, gotowałam ale chciałam jakoś spożytkować ten ogrom energii) , poszłam więc do miejskiego domu kultury.
 Na akrobatykę przyszłam i zostałam przez przypadek-z ciekawości znalazłam się na jednych zajęciach, niestety nie dawano mi większych nadziei na dołączenie do grupy ze względu na moje umiejętności, a raczej ich brak. Jednak w sztuce cyrkowej zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a moja trenerka zaufała mi, że będę sumiennie ćwiczyć i szybko nauczę się podstawowych figur.

Wszystko jest możliwe!
Nigdy nie jest za późno aby zacząć wyczynowo ćwiczyć sport, wystarczy tylko chcieć! Ja w grudniu 2014 nie potrafiłam zrobić gwiazdy, ani nawet mostka z leżenia(!) Obecnie stoję na rękach przez nawet 5 sekund, wchodzę na głowę, barki i przedramiona, a gwiazdę fikam na jedną rękę! Mam też na koncie kilka wygranych konkursów. Kluczem do sukcesu jest zawzięte dążenie do celu i niepoddawanie się.

Oto moje wskazówki dla sportowych nowicjuszy:
-gdy coś nam długo nie wychodzi, nie załamujemy się tylko ćwiczymy jeszcze więcej. Kiedyś się uda!

-wyznaczamy sobie realne cele. Gdy postanowisz, że do końca tygodnia uda Ci się przebiec 10 kilometrów, a dyszysz po pokonaniu jednego, tylko się zniechęcisz.

-wybieramy sport, który będzie nam dawał radość.

-nie dopuszczamy do zbytniego przemęczenia. Lepiej trenować krócej, a częściej.

-pamiętamy o posiłku przed i potreningowym.

Jak często i długo ćwiczę, czy nie brak mi "siły"?
Na rozciąganie i doćwiczanie elementów poświęcam ok. godziny dziennie. Wiadomo, że muszę się też uczyć, dlatego wszystko w miarę możliwości. Poza tym, dwa razy w tygodniu uczęszczam na zajęcia, które trwają 2 godziny.
Jeśli chodzi o energię, to chętnie komuś trochę oddam, bo ledwo potrafię usiedzieć na miejscu (ktoś chętny?). Według mojej pani od akrobatyki, za jakiś czas, od jedzenia trawiastego pożywienia zaczną się u mnie omdlenia, jednak nie wiem kiedy ma to nastąpić...Póki co, wychodzę ostatnia z treningów, mięśnie mi rosną jak szalone i mam kłopoty z późnym wstawaniem, wybija 6.00 a ja już wyspana :)
Ze względu na to myślę, że moja pani powoli się przekonuje...

Posiłkom "treningowym" poświęcę odrębny post, szeroko wszystko opiszę, bo teraz odbiegłabym sporo od tematu głównego.
Na koniec łapcie kilka fotek (i filmik), tak dla motywacji!
video



Ps. No i taka nowość na koniec, mam do Was pytanka. Czy chcielibyście, abym pod każdym przepisem umieszczała ŚREDNIĄ wartość kaloryczną potrawy (dietetykiem nie jestem, ale się postaram)? Oraz czy publikować przepisy również po angielsku? Będę wdzięczna za opinie na te tematy!

Ps.nr2: Jestem również na:
-Facebooku: Vegan Rebel
-Snapchacie: martynga.imbir
-oraz Instagramie: _Vegan_Rebel_

wtorek, 15 września 2015

Wegańska zupa wiejska w godzinę! Z ziemniaczkami, kiełbasą i makaronem.


Zauważyłam, że będzie to pierwszy wytrawny, obiadowy przepis na blogu. Żeby nie było, że samym śniadaniem człowiek żyje (a już na pewno nie ja)! Pierwszy, musi być więc wyjątkowo pyszny i robić jednocześnie dobre pierwsze wrażenie. Na początek na ogień idzie zupa wiejska.
 Czemu właśnie ona? Po pierwsze, jest to chyba najszybsza na świecie zupa bez żadnych kostek rosołowych. Warunkiem jej błyskawicznego przygotowania jest tylko wcześniejsze namoczenie grochu i soczewicy (co możecie zrobić przed pójściem do szkoły, lub pracy). Po drugie, jej koszta są wręcz nieodczuwalne-gar zupy na 3 dni to tylko coś około 6 zł. Po trzecie-jest pyszna, bardzo swojska: z ziemniakami, grochem i kiełbasą. No i po czwarte, jak już chyba zdążyliście zauważyć po składnikach, syci na długo!

Składniki na duży gar zupy:
-2 kiełbaski sojowe
-4 średnie marchewki
-3 ziemniaki
-8 liści laurowych
-8 ziaren ziela angielskiego
-2 łyżeczki słodkiej papryki
-2 cebule
-3 ząbki czosnku
-2 łyżki majeranku
-łyżeczka lubczyku
-łyżeczka suszonej kolendry
-3 łyżki sosu sojowego
-3 łyżki oleju
-szklanka suchego grochu
-2 szklanki suszonej zielonej soczewicy
-szklanka suchego makaronu
-3 litry wody+do moczenia strączków
Soczewicę i groch moczymy we wrzątku co najmniej godzinę.
Ziemniaki, czosnek, kiełbaski, marchewkę i cebulę drobno kroimy. W garnku rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę, kiełbaski, czosnek, ziele, liście i paprykę i dusimy przez 5 minut. Dodajemy pokrojone warzywa i przyprawy, dusimy 5 minut. Dodajemy groch z wodą w której się moczył, sos sojowy i 3 litry wody. Gotujemy ok. pół godziny. 15 minut przed końcem gotowania wrzucamy suchy makaron i soczewicę. Podajemy posypane lubczykiem :)

Ps. No i taka nowość na koniec, mam do Was pytanka. Czy chcielibyście, abym pod każdym przepisem umieszczała ŚREDNIĄ wartość kaloryczną potrawy (dietetykiem nie jestem, ale się postaram)? Oraz czy publikować przepisy również po angielsku? Będę wdzięczna za opinie na te tematy!

Ps.nr2: Jestem również na:
-Facebooku: Vegan Rebel
-Snapchacie: martynga.imbir
-oraz Instagramie: _Vegan_Rebel_

piątek, 11 września 2015

S(z)tosik placków czekoladowo-orzechowych. Śniadanie mistrzyni nr 4.

Ulepszona, bardziej bogata wersja "placuszków dwuskładnikowych". Dlatego iż pierwotna nazwa nie bardzo już pasowała, musiałyby się nazywać ewentualnie sześcioskładnikowe (co nie zbyt bardzo mi się podobało), zostały więc ochszczone po prostu plackami czekoladowo-orzechowymi. Ot, taka zwyczajna ale cóż, po prostu tak smakują, bardziej poetycko być nie mogło. Kończymy wywody na temat etymologii wyrazów występujących w tej potrawie. Najważniejsze, że są jeszcze lepsze od tych z przepisu podstawowego-jak to moja mama ujęła, mając w ustach jeszcze właśnie kawałek placka:
-"Córcia, tamte też były dobre, ale te to są
zarąbiste"
Pani krytyk kulinarny Ilonka poleca, więc musicie je mieć. Musicie, nie ważne czy upichcicie je samodzielnie, czy dyskretnie podsuniecie przepis jednemu z domowników (aby Wam je zrobił!). Naprawdę warto :)

Ps. Dzięki dodaniu oleju do ciasta można smażyć placki praktycznie na suchej patelni. Zalecam jednak delikatnie ją natłuścić.


Składniki na cały stos placków:
-spory banan z plamkami
-2 szklanki płatków owsianych
-1,5 szklanki wody
-2 łyżki syropu klonowego
-łyżeczka cynamonu
-łyżka oleju
-2 łyżki kakao
-kilka posiekanych nerkowców

-masło z nerkowców
-odrobina oleju do smażenia

Wszystkie składniki na ciasto (oprócz nerkowców) dokładnie blendujemy, dodajemy nerkowce i mieszamy. Zostawiamy ciasto na 20 minut. Smażymy na rozgrzanej patelni smażymy: kładziemy łyżkę ciasta, na to łyżeczkę masła z nerkowców, lejemy na to łyżkę ciasta i w odpowiednim momencie odwracamy. Podajemy z daktyladą/cieciorellą :)

wtorek, 8 września 2015

Jak przetrwać poranek? Martynga radzi.


Dzień dobry wszystkim :). Póki co, zdążyliście poznać mnie od kuchni (dosłownie oczywiście!), dlatego dzisiaj post z nowej beczki. Mam oczywiście dla Was jeszcze mnóstwo przepisów, zapewniam że cały czas gotuję i fotografuję. Zanim jednak pojawi się kolejny post kulinarny, zapraszam do lektury mojego pierwszego poradnika, który myślę, że trafia w sedno naszej aktualnej problematyki życia... Więc jak przetrwać poranki? Każdy chyba zna te okropne uczucie, gdy budzik dzwoni zdecydowanie za wcześnie, zegarek pokazuje godzinę 6.30, za oknem widać strugi deszczu lejące się z nieba, a my sami czujemy się jakby ktoś wyrwał nas z głębokiego snu o pierwszej nocy? Pewnie, że znacie! Zapraszam w takim razie do lektury, mam nadzieję, że komuś pomogę :)

1. Jako sygnał alarmu, ustaw swoją ulubioną piosenkę.
Jeśli oczywiście budzi Cię telefon, nie klasyczny budzi. Najlepiej aby był to utwór wesoły i żywy, ale jeśli wolisz spokojniejszą bądź cięższą muzykę, to wybieraj śmiało, ważne aby wprawiała Cię w dobry nastrój! U mnie ostatnio na topie Macklemore z najnowszym kawałkiem "Downtown"-serdecznie polecam. O, i jeszcze bardzo ważna rzecz-takiego budzika nie wyłączaj od razu.

2. W przeddzień naszykuj sobie ubranie.
Rano nie dość, że nie zawsze mamy siłę na szukanie i dobieranie ubrań, to przede wszystkim czasu. A wyobraź sobie sytuację, że masz zamiar założyć swoją ulubioną bluzkę i okazuje się, że leży pomięta w koszu na pranie. Takie sytuacje bardzo dezorganizują poranne przygotowania i od początku dnia psują humor, dlatego zawsze wieczorem stawiaj sobie obok łóżka krzesło, a na nim kładź dwa zestawy ubrań-jeden na dzień zimniejszy, drugi na dzień cieplejszy.

3. Zaparz duży kubek ulubionej herbaty.
A najlepiej takiej rozbudzającej: może być mięta (najlepiej ogródkowa), idealna będzie też yerba mate, ewentualnie czarna. Nie przepadasz za herbatą? Wypij w takim razie inny ulubiony napój, chodzi w końcu o to, aby poprawić sobie nastrój. Mile widziane wszelkie soki, smuffisy (w pięknej polszczyźnie, koktajle) albo, akurat moje znienawidzone, kompoty.

4. Zjedz śniadanie.
To koniecznie! Omijanie tego najważniejszego posiłku niesie ze sobą same przykre rzeczy i konsekwencje. Bez niego nie zdobędziemy niezbędnej o poranku energii, co skutkuje rozkojarzeniem i nerwowością. Bez śniadania ciężko będzie skupić nam się w pracy, nie mówiąc już o skupieniu na klasówce... Hmm, może dlatego że jem ZAWSZE brekfesty mam dosyć dobre oceny? Częstym argumentem używanym przez anty-śniadaniowców jest brak czasu na przygotowanie i zjedzenie pierwszego posiłku. Jak obalić ten argument, patrz na następny punkt---->

5. Śniadanie przygotuj wieczorem.
Bez przesady oczywiście, raczej nikt za nic nie chce jeść rozciapanych kanapek albo rozmoczonej w mleku granoli... Jednak co można ugotować, aby nie straciło na smaku przez noc spędzoną w lodówce? Można np.wszelkie owsianki, grycznki i queenianki, muffinki, naleśniki, placuszki, umyte owoce. A co, jeśli nie mamy czasu nawet zjeść naszego śniadanka? Możliwości są dwie: możemy albo wstać wcześniej, albo zabrać jedzenie ze sobą do pracy, lub do szkoły i tam jak najprędzej s
zjeść.

Pomogłam Wam trochę, wypróbujecie niektóre pomysły? A może podzielicie się swoimi? Zapraszam do komentowania.

poniedziałek, 7 września 2015

Placuszki dwuskładnikowe

Śniadanie mistrzyni, lub raczej od wczoraj królowej, numer 3. Dosyć z papkami! Choć queenianka igryczanka z pewnością nie były niedobre (ba, mam nadzieję, że ktoś nawet spróbował zrobić i pokochał je tak jak ja!) to były posiłkami papkowymi-w dobrym tego słowa znaczeniu. Dlatego dzisiaj proponuję coś równie pysznego, lecz z innej beczki. Pancake'sy, spolszczone pankejki, lub jak kto kocha nasz piękny język tak jak ja, po prostu placuszki. Nieważne, jak będziecie je nazywać i tak je pokochacie! Dlaczego będziecie je uwielbiać, niczym niemal jak ja poetycką, poprawną polszczyznę? Po pierwsze, do ich wykonania potrzebne są właściwie tylko dwa składniki-banan i płatki owsiane. No dooobraa, musicie skombinować jeszcze trochę wody, oleju i bezmleczną Nutellę, albo masło orzechowe...ale chyba nie będzie z tym problemu :) Po drugie, jest to jeden ze "smaków dzieciństwa", przynajmniej mojego. Bardzo przypominają klasyczne placuszki z serków Danio, które zawsze smażyła moja babcia gdy byłam jeszcze niejadkiem i często gęsto chętnie zjadałam tylko taki obiad...Teraz powracają w zdrowszej, roślinnej wersji. No i po trzecie-są przepyszne, ale czy naprawdę muszę to pisać...?


Składniki na 10 placuszków:
-1 spory banan, z czarnymi plamkami
-1,5 szkalanki wody
-2 szklanki płatków owsianych
-wegańska Nutella, ja użyłam tej
-olej do smażenia

Wszystko oprócz Nutelli dokładnie blendujemy i odstawiamy na 15 minut. Na rozgrzaną patelnię z olejem kładziemy łyżkę ciasta, na to łyżeczkę Nutelli, przykrywamy drugą warstwą (wylewamy łyżkę ciasta na placuszka z Nutellą) i odwracamy. Podajemy posmarowane Nutellą, bądź posypane cukrem (Martynga old stajl)! Smacznego :)

QUEENianka kakaowo-migdałowa


Śniadanie mistrzyni numer dwa. A może raczej królowej?
No cóż, zacznijmy od rozmyśleń na temat tego, czym jest owa QUEENianka. Jesteście w stanie zgadnąć? Dojdźmy może do tego wniosku razem... OwsiANKĘ każdy już zna-jedni kochają, drudzy na samą myśl o owej papce dostają odruchu wymiotnego. GryczANKĘ, zdążyliście poznać już wczoraj, jeśli nie, koniecznie od razu to zróbcie i bądźcie na bierząco :) O jaglANCE większość już gdzieś słyszała, niektórzy nawet próbowali. Ale QUEENanka? Co to za Anka? Odpowiedź brzmi...pyszna, sycąca, śniadaniowa papka idealna nawet dla królowej, bądź mistrzyni, na bazie płatków z quinoi, lub jak kto woli bardziej po polsku-komosy ryżowej. Dozwolona forma-komosANKA. Jeśli nie jesteście jeszcze przekonani (co graniczy z cudem!), dodam że smakuje almondową, gorzką czekoladą. Sądzę. że już wiecie, co będzie u Was jutro na śniadanie.

Składniki na jedną, królewską porcję:
-1/2 szklanki płatków quinoa (ja użyłam z firmy Melvit)
-1,5 szklanki wody
-szczypta soli
-płaska łyżka kakao
-płaska łyżka masła z nerkowców
-spora łyżka syropu klonowego 
-6 drobno posiekanych migdałów
-migdały, rodzynki i pokruszona czekolada do dekoracji

Płatki wsypujemy do garnka, wsypujemy sól i kakao, wlewamy wodę i gotujemy do całkowitego wchłonięcia wody przez płatki (uwaga, może się przypalać) . Mieszamy z masłem, migdałami i syropem. Przekładamy do ładnej miseczki, dekorujemy i karmimy królewską paćką siebie i rodzinę (wtedy poleca się oczywiście zrobić więcej!). Życzymy wszystkim smacznego i sami zaczynamy zajadać :)


Koniec, ale i początek. Dużo akrobatyki!


Na wstępie, chciałabym bardzo podziękować za cudowne rady i wyrazy uznania ze strony czytelników! Choć na blogu pojawił się dopiero pierwszy post, zaledwie w dwa dni napłynęło do mnie za pośrednictwem Facebooka i e-maila mnóstwo rad oraz miłych słów. Cieszy mnie to, że zrobiłam dobre pierwsze wrażenie...naładowało mnie to ogromną energią, którą wykorzystam do dalszego tworzenia.Zauważyłam, że każdy chciałby poczytać właściwie o czymś innym-więc dzisiaj będzie każdej cząstki mnie, po trochu :D Ot, taki bonusik!
W dzisiejszym poście postaram się nie ubolewać nad tym, co niewątpliwie się kończy, (każdy wie czym, nie muszę chyba jako kolejna osoba Wam o tym przypominać) lecz skupić się na samym zakończeniu, czyli wspaniałych dwóch dniach, którymi zakończyłam KAŻDYWIECO. Zaczynamy więc optymistyczną opowieść,..
Nie wiem, czy już o tym wiecie, lecz mam rudego kocurka, który na imię ma Garfield. Albo raczej on ma mnie, kwestia sporna. Poznacie, ocenicie. Jak co dzień rano, Gafi radośnie (z wyraźnym pomrukiem euforii) wbiegł przez otwierane zawsze o poranku drzwi i usadowił mi się na pościeli. Pomógł wybrać menu na dzisiejsze śniadanie-1:0 dla kota, decyzja o tym, co mam zjeść-i poszedł następnie nadzorować mnie w kuchni.
                                          Wojuje ze wstążką z Jadłonomi.

Efekt kulinarnych poczynań kota (?) na końcu posta.

Po południu, podczas corocznej Rolszansy udało mi się upolować wymarzoną sól himalajską oraz miętę czekoladową. Serio pachnie czekoladą, że omnomnom. Została już posadzona, czeka teraz na zastosowanie w domowej kosmetyce (prosiliście), bądź gastronomi. Był również grill-co jedzą weganie na grillu to temat rzeka, na osobny post, więc cierpliwości! Teraz jedli, a właściwie jadła, szaszłyki z tym, co akurat było w lodówce i sosem BBQ oraz kiełbaski paprykowe z Polsoji. 

Następnego dnia szykował się występ, bo jak już wiecie, trenuję gimnastykę akrobatyczną. Pozwoliłam sobie na małą sesję zdjęciową i pragnę się pochwalić (bo też chcieliście!).
                                          Fiku miku.
                                          I hyc.

I obiecany pierwszy przepis, który również chcieliście...Własna interpretacja Gryczanki z Jadłonomi, czyli pierwsza część mojej serii "Śniadanie mistrzyni" :) Kremowa, sycąca i mega smaczna. Mi najbardziej smakuje na zimno, po nocy spędzonej w lodówce.
Składniki na sporą porcję:
-2/3 szklanki płatków grycznych
-2 szklanki wody
-1,5 łyżki syropu klonowego
-2 łyżki masła z nerkowców
-odrobina soli
-cynamon do posypania
-dekoracje jadalne, jakie dusza zapragnie

Wsypujemy płatki do garnka, dolewamy wodę, solimy i gotujemy bez przykrywki ok.10 minut, to wchłonięcia wody. Mieszamy z masłem, syropem, przekładamy do miseczki. Posypujemy cynamonem, dekorujemy czym chcemy. W zależności od upodobań, jemy na ciepło, bądź na zimno (Martynga stajl).

Jak widzicie KONIECWIECIECZEGO nie taki straszny, Dosyć przyjemny i nawet smaczny :) A Wy, jak wykorzystaliście te ostatnie dni?


(Post jest przeniesiony z poprzedniego bloga, oryginalna data publikacji-31 sierpnia 2015)

Pora się przywitać

Witam serdecznie wszystkich (mam nadzieję) przyszłych czytelników :) Jako że jest to pierwszy post na moim nowym blogu, należy do mojego obowiązku wyjaśnić co i jak się będzie działo, dlaczego dziać się zaczyna i coś o osobie działającej-czyli mnie, Martynie Białowąs oczywiście.
Na wstępie, parę słów o sobie. Znacie już moje imię i nazwisko, przejdę więc od razu do informacji szczegółowych, a więc... Mam 14 lat i jestem trawożerną nastolatką, która postanowiła zostać blogerką kulinarną. Przyszła blogerka na co dzień gotuje, trenuje gimnastykę akrobatyczną, pilnie się uczy, wyrabia rękodzieło artystyczne po nocach oraz wynajduje sobie tysiące innych zadań, dzięki którym coraz krócej śpi, ale jest szczęśliwsza...i sama nie wie dlaczego, po prostu tak ma :) Kocha zwięrzęta (koty to w ogóle!), roślinne pornfoody, teatr, styl vintage, sport wszelaki oraz podróże. Bloga założyła, aby pokazywać, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania, przenieść swój pękaty przepiśnik z wersji papierowej, na elektroniczną, dać luz swojej kreatywności, ale przede wszystkim aby inspirować wegańskimi potrawami...przez żołądek do serca, a raczej wyobraźni :) Jej charakter poznacie regularnie czytając bloga i wtedy sami ocenicie, jaka naprawdę jest. 
Tyle jak na razie na mój temat. Mało zdradziłam? To dobrze, ja będę miała co pisać, a wy czytać!
Teraz muszę wyjaśnić kwestię tematyki moich przyszłych postów. Czy będzie to blog tylko kulinarny? Czy w ogóle jest to możliwe? Według mnie, nie. Jak zapewne zdążyliście już zauważyć, rzeka moich zainteresowań nie płynie w jednym kierunku. Dlaczego więc moje własne, tylko moje internetowe dzieło, odzwierdziedlenie MNIE miałoby prezentować tylko trochę procent mojej osobowości? No właśnie sama nie wiem, dlatego będzie różnorodnie, po trochu. Hmmm... Życie codzienne, na tle wegańskim. Myślę, że można to tak określić.
Zapraszam więc do śledzenia mojego zielonego, nieprzewidywalnego jak to życie, życia, na tymże blogu oraz na fanpage'u na Facebooku, funkcjonującego jeszcze pod starą nazwą-Cookart.

Do zobaczenia, Martynka