niedziela, 27 września 2015

Najprostsze, wegańskie praliny z suszonych owoców!+English version.


 Kolejny minimalistyczny przepis na słodkości! Pewnie sporo osób widziało już te rzekome "Snickersy" z daktyli na Facebooku, nie będzie to więc nic odkrywczego, jeśli opublikuję na nie przepis, który właściwie wynika ze zdjęcia :D. Są jednak ludzie, którzy nie egzystują na portalach społecznościowych i to chyba do nich skierowany jest dzisiejszy post, bo moim zdaniem, nieprzynależeni do żadnych takich internetowych tworór również mają prawo je poznać, zrobić i spróbować :). A naprawdę warto.

 Niektórzy zarzucają tym daktylowym "Snickersom", że w ogóle nie przypominają oryginału. Będę tutaj bezstronna, ponieważ nie za specjalnie lubiłam te batoniki i rzadko je jadałam (ten karmel włażący w zęby, fuj!), z tego powodu mogę po prostu nie pamiętać ich smaku. Więc, dla złagodzenia sytuacji, aby nikt się nie czuł zawiedziony, ja nazywam je pralinami i dorzucam w bonusie jeszcze jeden, totalnie niesnickersowy smak.  Nie szukajcie podobieństw, cieszcie się super smakiem!

Ps. Dziasiaj po raz pierwszy publikuję przepis oraz uproszczony opis w języku angielskim i kaloryczność potrawy. Proszę o wyrozumiałość i ewentualne poprawki w komentarzach :)

Składniki:

-po 5 suszonych moreli i suszonych daktyli
-ok. 10 małych łyżeczek masła orzechowego (użyłam nerkowcowego, dla mnie najlepsze)
-1/2 tabliczki wegańskiej gorzkiej czekolady
-wiórki kokosowe do obtoczenia, ok. 50g

Daktyle i morele delikatnie nacinamy, tak aby się nie rozpadały. Do środka wkładamy łyżeczkę masła. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej, obtaczamy w niej owoce, następnie obtaczamy we wiórkach kokosowych. Wkładamy na godzinę do lodówki i zajadamy :)

Kalorie:

-cały przepis: 1260 kcal
-jedna pralinka: ok.126 kcal

English version:

DRIED FRUITS PRALINES

 The next minimalist sweet recipe! I think that many people have seen saw this alleged "snickers" made from dates on Facebook, so this recipe it's not a big discovery, when I publish how to prepare it.. How it's made, you can see on the photo :D But, for people who don't have Facebook, I decided to write this post for people who don't have Facebook, as they must try dried fruits pralines too!

 Some peopleone says, that theyit doesn't taste like the original Snickers. I don't mind, because I have never really liked this candy bar. Horrible carmel, which made toothache! and didn’t eat it often (this caramel sticking to my teeth, argh!) That's why I might don't not remember its taste. So, I called this version it "Pralines" and created the a new flavour! Enjoy :)

 This is my first post in English, I know it isn't perfect, but I'm writinge it to practice my language skills and I want it to it be clear for people who speak in another language. Oh, and nutrition value! Please, correct my mistakes in the comments.

Ingredients:

 -5 dried dates
 -5 dried apricots
 -10 little teaspoons nuts butter (I used cashews nuts butter, my favourite)
 -1/2 vegan dark chocolate
-50g shredded coconut shrims to garnish coat

 Cut carefully apricots and dates in halfs, put inside each of them to one teaspoon of a butter. Melt the chocolate in a water bath and dip, put  the fruits into a chocolate. Garnish in coat with the shredded coconut shrims, and put into the fridge for one hour. It's ready to eat :)


Calories:

-whole recipe: 1260 kcal
-one serving: about 126 kcal

środa, 23 września 2015

Opowieść o Lunie, czyli jak zmieniać świat.


 Była sobota. Siedziałam od rana w kuchni, zabieram się właśnie za pieczenie babeczek czekoladowych. Weszła moja mama i podała mi telefon, dzwoniła babcia. Coś mi opowiadała, zaczynało się dość monotonnie: "Sąsiedzi chcieli pojechać samochodem..." A jednak.
 Gdy chcieli wsiadać, zatrzymał ich ich pies. Mufi szalenie szczekał, wydawałoby się że zupełnie bez powodu. Lecz po pilniejszym przysłuchaniu, słychać też miauczenie KOTA. Jak się później okazało, poniekąd uratował mu życie. Sąsiad wraz z moim dziadkiem zaczęli rozkręcać silnik i po dłuższym czasie udało im się wydostać malutkiego, czarnego jak smoła zwierzaczka. Niestety, przerażony pobiegł szybko do ogródka moich dziadków i wspiął się na drzewo.
 Mama, choć porządnie przeziębiona, podjęła od razu decyzję o pojechaniu do dziadków. Babcia nie do końca wiedziała co zrobić w takiej sytuacji, jak dotąd nie miała doświadczenia w opiece nad kotami. Gdy przyjechałyśmy, kotka siedziała już w garażu, pod samochodem. Na oko, miała maksymalnie 1,5 miesiąca i była bardzo wychudzona. Patrzyła na mnie, trzęsąc się cała, swoimi pięknymi, piwnymi oczyma. Jednak gdy tylko trochę się zbliżałam, uciekała pod auto. Nakarmiliśmy ją: zjadła bardzo dużo, na raz jakieś 3 plasterki szynki i pół kubeczka serka wiejskiego! Przez cały dzień próbowaliśmy ją choć trochę oswoić, pogłaskać, jednak ostatecznie uciekła przez siatkę do sąsiadów. Zrezygnowane musiałyśmy w końcu wrócić do domu.
 Cały dzień martwiłyśmy się o nią. Ciągle nękały nas pesymistyczne myśli: że będzie jej w nocy zimno, że będzie głodna, że zaatakuje ją jakiś kot albo pies. Około godziny 21.00 zadzwoniła do nas babcia, miała dobre wieści. Kotek wieczorem przyszedł pod drzwi i zaczął miauczeć, a gdy został wpuszczony, wszedł do środka. Powoli pozwalał sobie na głaskanie i nawet branie na ręce. W końcu usnął i był w domu przez całą noc.Następnego dnia ochszciłam ją imieniem Luna, ze względu na zupełnie czarną sierść.
 Lunka jest u dziadków już piąty dzień i ma się coraz lepiej. Powoli tyje i radośnie bryka po podwórku, poznaje okolice, bawi się zabawkami. Jest teraz takim naszym "oczkiem w głowie" i mam wrażenie, że Cindy i Tyson są bardzo zazdrośni :D

 Musiałam podzielić się z Wami tą historią, ponieważ zauważyłam coś, na co nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi... Nie chcę też, aby moje wywody brzmiały jakoś zbyt wyniośle, jednak napiszę o tym. Zdałam sobie sprawę, że pomaganie jest bardzo proste i przyjemne-nie trzeba wcale być bogatym, ani codziennie udzielać się w schronisku, aby zmienić czyjś los na lepszy. Wiem to z własnego doświadczenia, bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że uratowaliśmy Lunce życie(!) Chyba dlatego, że jest to taki pozornie banalny uczynek-rozkręcenie silnika trwało tylko godzinę, karma i żwirek nie obciążają zbytnio budżetu, a widok radosnego, biegającego kocięcia tylko uszczęśliwia. Natomiast z drugiego punktu widzenia, ktoś zyskał dach nad głową, przestał głodować, nie zginął w tragiczny sposób i poczuł się kochany. Myślę, że TO są życiowe priorytety. Na dodatek zapewnione tak prosto, że nawet niezauważalnie dla pierwszej strony. Pamiętajmy, aby codziennie starać się pomagać: działajmy w swoim otoczeniu i wiedzmy, że małe zmiany czynią wielkie. Zacznijmy od okolicy i w ten sposób ulepszajmy świat!

Ps. No i stało się. Powaga postu sięgnęła zenitu. Wybaczcie, ale tak to jest, że czasami trzeba porozkminać porządnie o życiu.

czwartek, 17 września 2015

Akrobatyka-moja pasja. Trochę motywujących słów.



Chcieliście również posty o tematyce akrobatycznej, więc nareszcie macie, jest pierwszy :) Tak sobie myślę, że w kolejnych będę po prostu chwaliła się nowymi umiejętnościami, jeśli mogę praktykować takie popisywanie :D. Teraz napiszę jak to było na początku...
 Gimnastykę akrobatyczną zaczęłam trenować w grudniu zeszłego roku. Miałam roczną przerwę od wszelkich ćwiczeń, wcześniej chodziłam przez 7 lat na zajęcia taneczne. Nagle poczułam potrzebę podjęcia z powrotem jakieś aktywności (no dobra, gotowałam ale chciałam jakoś spożytkować ten ogrom energii) , poszłam więc do miejskiego domu kultury.
 Na akrobatykę przyszłam i zostałam przez przypadek-z ciekawości znalazłam się na jednych zajęciach, niestety nie dawano mi większych nadziei na dołączenie do grupy ze względu na moje umiejętności, a raczej ich brak. Jednak w sztuce cyrkowej zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a moja trenerka zaufała mi, że będę sumiennie ćwiczyć i szybko nauczę się podstawowych figur.

Wszystko jest możliwe!
Nigdy nie jest za późno aby zacząć wyczynowo ćwiczyć sport, wystarczy tylko chcieć! Ja w grudniu 2014 nie potrafiłam zrobić gwiazdy, ani nawet mostka z leżenia(!) Obecnie stoję na rękach przez nawet 5 sekund, wchodzę na głowę, barki i przedramiona, a gwiazdę fikam na jedną rękę! Mam też na koncie kilka wygranych konkursów. Kluczem do sukcesu jest zawzięte dążenie do celu i niepoddawanie się.

Oto moje wskazówki dla sportowych nowicjuszy:
-gdy coś nam długo nie wychodzi, nie załamujemy się tylko ćwiczymy jeszcze więcej. Kiedyś się uda!

-wyznaczamy sobie realne cele. Gdy postanowisz, że do końca tygodnia uda Ci się przebiec 10 kilometrów, a dyszysz po pokonaniu jednego, tylko się zniechęcisz.

-wybieramy sport, który będzie nam dawał radość.

-nie dopuszczamy do zbytniego przemęczenia. Lepiej trenować krócej, a częściej.

-pamiętamy o posiłku przed i potreningowym.

Jak często i długo ćwiczę, czy nie brak mi "siły"?
Na rozciąganie i doćwiczanie elementów poświęcam ok. godziny dziennie. Wiadomo, że muszę się też uczyć, dlatego wszystko w miarę możliwości. Poza tym, dwa razy w tygodniu uczęszczam na zajęcia, które trwają 2 godziny.
Jeśli chodzi o energię, to chętnie komuś trochę oddam, bo ledwo potrafię usiedzieć na miejscu (ktoś chętny?). Według mojej pani od akrobatyki, za jakiś czas, od jedzenia trawiastego pożywienia zaczną się u mnie omdlenia, jednak nie wiem kiedy ma to nastąpić...Póki co, wychodzę ostatnia z treningów, mięśnie mi rosną jak szalone i mam kłopoty z późnym wstawaniem, wybija 6.00 a ja już wyspana :)
Ze względu na to myślę, że moja pani powoli się przekonuje...

Posiłkom "treningowym" poświęcę odrębny post, szeroko wszystko opiszę, bo teraz odbiegłabym sporo od tematu głównego.
Na koniec łapcie kilka fotek (i filmik), tak dla motywacji!
video



Ps. No i taka nowość na koniec, mam do Was pytanka. Czy chcielibyście, abym pod każdym przepisem umieszczała ŚREDNIĄ wartość kaloryczną potrawy (dietetykiem nie jestem, ale się postaram)? Oraz czy publikować przepisy również po angielsku? Będę wdzięczna za opinie na te tematy!

Ps.nr2: Jestem również na:
-Facebooku: Vegan Rebel
-Snapchacie: martynga.imbir
-oraz Instagramie: _Vegan_Rebel_

piątek, 11 września 2015

S(z)tosik placków czekoladowo-orzechowych


Ulepszona, bardziej bogata wersja "placuszków dwuskładnikowych". Dlatego, iż pierwotny wzór nazwy nie bardzo już by pasował, bo musiałyby się nazywać "placuszki sześcioskładnikowe" (co nie brzmi dobrze). Zostały więc ochrzczone po prostu plackami czekoladowo-orzechowymi. Ot, taka zwyczajna ale cóż, po prostu tak smakują, bardziej poetycko być nie mogło. Kończymy wywody na temat etymologii wyrazów występujących w tej potrawie. Najważniejsze, że są jeszcze lepsze od tych z przepisu podstawowego - jak to moja mama ujęła, mając w ustach jeszcze właśnie kawałek placka:
- "Córcia, tamte też były dobre, ale te to są zarąbiste".

wtorek, 8 września 2015

Jak przetrwać poranek? 5 skutecznych porad.


Dzień dobry wszystkim. Póki co, zdążyliście poznać mnie od kuchni (dosłownie oczywiście!), dlatego dzisiaj post z nowej beczki. Mam oczywiście dla Was jeszcze mnóstwo przepisów, zapewniam, że cały czas gotuję i fotografuję. Zanim jednak pojawi się kolejny post kulinarny, zapraszam do lektury mojego pierwszego poradnika, który, myślę, że trafia w sedno naszej aktualnej problematyki życia... Więc jak przetrwać poranki? Każdy chyba zna te okropne uczucie, gdy budzik dzwoni zdecydowanie za wcześnie, zegarek pokazuje godzinę 6.30, za oknem widać strugi deszczu lejące się z nieba, a my sami czujemy się jakby ktoś wyrwał nas z głębokiego snu o pierwszej nocy? Pewnie, że znacie! Zapraszam w takim razie do lektury, mam nadzieję, że okaże się pomocna.

poniedziałek, 7 września 2015

Placuszki dwuskładnikowe

Śniadanie mistrzyni, lub raczej od wczoraj królowej, numer 3. Dosyć z papkami! Choć queenianka igryczanka z pewnością nie były niedobre (ba, mam nadzieję, że ktoś nawet spróbował zrobić i pokochał je tak jak ja!) to były posiłkami papkowymi-w dobrym tego słowa znaczeniu. Dlatego dzisiaj proponuję coś równie pysznego, lecz z innej beczki. Pancake'sy, spolszczone pankejki, lub jak kto kocha nasz piękny język tak jak ja, po prostu placuszki. Nieważne, jak będziecie je nazywać i tak je pokochacie! Dlaczego będziecie je uwielbiać, niczym niemal jak ja poetycką, poprawną polszczyznę? Po pierwsze, do ich wykonania potrzebne są właściwie tylko dwa składniki-banan i płatki owsiane. No dooobraa, musicie skombinować jeszcze trochę wody, oleju i bezmleczną Nutellę, albo masło orzechowe...ale chyba nie będzie z tym problemu :) Po drugie, jest to jeden ze "smaków dzieciństwa", przynajmniej mojego. Bardzo przypominają klasyczne placuszki z serków Danio, które zawsze smażyła moja babcia gdy byłam jeszcze niejadkiem i często gęsto chętnie zjadałam tylko taki obiad...Teraz powracają w zdrowszej, roślinnej wersji. No i po trzecie-są przepyszne, ale czy naprawdę muszę to pisać...?


Składniki na 10 placuszków:
-1 spory banan, z czarnymi plamkami
-1,5 szkalanki wody
-2 szklanki płatków owsianych
-wegańska Nutella, ja użyłam tej
-olej do smażenia

Wszystko oprócz Nutelli dokładnie blendujemy i odstawiamy na 15 minut. Na rozgrzaną patelnię z olejem kładziemy łyżkę ciasta, na to łyżeczkę Nutelli, przykrywamy drugą warstwą (wylewamy łyżkę ciasta na placuszka z Nutellą) i odwracamy. Podajemy posmarowane Nutellą, bądź posypane cukrem (Martynga old stajl)! Smacznego :)

QUEENianka kakaowo-migdałowa


Śniadanie mistrzyni numer dwa. A może raczej królowej?
No cóż, zacznijmy od rozmyśleń na temat tego, czym jest owa QUEENianka. Jesteście w stanie zgadnąć? Dojdźmy może do tego wniosku razem... OwsiANKĘ każdy już zna-jedni kochają, drudzy na samą myśl o owej papce dostają odruchu wymiotnego. GryczANKĘ, zdążyliście poznać już wczoraj, jeśli nie, koniecznie od razu to zróbcie i bądźcie na bierząco :) O jaglANCE większość już gdzieś słyszała, niektórzy nawet próbowali. Ale QUEENanka? Co to za Anka? Odpowiedź brzmi...pyszna, sycąca, śniadaniowa papka idealna nawet dla królowej, bądź mistrzyni, na bazie płatków z quinoi, lub jak kto woli bardziej po polsku-komosy ryżowej. Dozwolona forma-komosANKA. Jeśli nie jesteście jeszcze przekonani (co graniczy z cudem!), dodam że smakuje almondową, gorzką czekoladą. Sądzę. że już wiecie, co będzie u Was jutro na śniadanie.

Składniki na jedną, królewską porcję:
-1/2 szklanki płatków quinoa (ja użyłam z firmy Melvit)
-1,5 szklanki wody
-szczypta soli
-płaska łyżka kakao
-płaska łyżka masła z nerkowców
-spora łyżka syropu klonowego 
-6 drobno posiekanych migdałów
-migdały, rodzynki i pokruszona czekolada do dekoracji

Płatki wsypujemy do garnka, wsypujemy sól i kakao, wlewamy wodę i gotujemy do całkowitego wchłonięcia wody przez płatki (uwaga, może się przypalać) . Mieszamy z masłem, migdałami i syropem. Przekładamy do ładnej miseczki, dekorujemy i karmimy królewską paćką siebie i rodzinę (wtedy poleca się oczywiście zrobić więcej!). Życzymy wszystkim smacznego i sami zaczynamy zajadać :)


Pora się przywitać


Witam serdecznie wszystkich (mam nadzieję) przyszłych czytelników. Jako, że jest to pierwszy post na moim nowym blogu, należy do mojego obowiązku wyjaśnić co i jak się będzie działo, dlaczego dziać się zaczyna i powiedzieć coś o osobie działającej - czyli mnie, Martynie Białowąs oczywiście.