poniedziałek, 7 września 2015

Koniec, ale i początek. Dużo akrobatyki!


Na wstępie, chciałabym bardzo podziękować za cudowne rady i wyrazy uznania ze strony czytelników! Choć na blogu pojawił się dopiero pierwszy post, zaledwie w dwa dni napłynęło do mnie za pośrednictwem Facebooka i e-maila mnóstwo rad oraz miłych słów. Cieszy mnie to, że zrobiłam dobre pierwsze wrażenie...naładowało mnie to ogromną energią, którą wykorzystam do dalszego tworzenia.Zauważyłam, że każdy chciałby poczytać właściwie o czymś innym-więc dzisiaj będzie każdej cząstki mnie, po trochu :D Ot, taki bonusik!
W dzisiejszym poście postaram się nie ubolewać nad tym, co niewątpliwie się kończy, (każdy wie czym, nie muszę chyba jako kolejna osoba Wam o tym przypominać) lecz skupić się na samym zakończeniu, czyli wspaniałych dwóch dniach, którymi zakończyłam KAŻDYWIECO. Zaczynamy więc optymistyczną opowieść,..
Nie wiem, czy już o tym wiecie, lecz mam rudego kocurka, który na imię ma Garfield. Albo raczej on ma mnie, kwestia sporna. Poznacie, ocenicie. Jak co dzień rano, Gafi radośnie (z wyraźnym pomrukiem euforii) wbiegł przez otwierane zawsze o poranku drzwi i usadowił mi się na pościeli. Pomógł wybrać menu na dzisiejsze śniadanie-1:0 dla kota, decyzja o tym, co mam zjeść-i poszedł następnie nadzorować mnie w kuchni.
                                          Wojuje ze wstążką z Jadłonomi.

Efekt kulinarnych poczynań kota (?) na końcu posta.

Po południu, podczas corocznej Rolszansy udało mi się upolować wymarzoną sól himalajską oraz miętę czekoladową. Serio pachnie czekoladą, że omnomnom. Została już posadzona, czeka teraz na zastosowanie w domowej kosmetyce (prosiliście), bądź gastronomi. Był również grill-co jedzą weganie na grillu to temat rzeka, na osobny post, więc cierpliwości! Teraz jedli, a właściwie jadła, szaszłyki z tym, co akurat było w lodówce i sosem BBQ oraz kiełbaski paprykowe z Polsoji. 

Następnego dnia szykował się występ, bo jak już wiecie, trenuję gimnastykę akrobatyczną. Pozwoliłam sobie na małą sesję zdjęciową i pragnę się pochwalić (bo też chcieliście!).
                                          Fiku miku.
                                          I hyc.

I obiecany pierwszy przepis, który również chcieliście...Własna interpretacja Gryczanki z Jadłonomi, czyli pierwsza część mojej serii "Śniadanie mistrzyni" :) Kremowa, sycąca i mega smaczna. Mi najbardziej smakuje na zimno, po nocy spędzonej w lodówce.
Składniki na sporą porcję:
-2/3 szklanki płatków grycznych
-2 szklanki wody
-1,5 łyżki syropu klonowego
-2 łyżki masła z nerkowców
-odrobina soli
-cynamon do posypania
-dekoracje jadalne, jakie dusza zapragnie

Wsypujemy płatki do garnka, dolewamy wodę, solimy i gotujemy bez przykrywki ok.10 minut, to wchłonięcia wody. Mieszamy z masłem, syropem, przekładamy do miseczki. Posypujemy cynamonem, dekorujemy czym chcemy. W zależności od upodobań, jemy na ciepło, bądź na zimno (Martynga stajl).

Jak widzicie KONIECWIECIECZEGO nie taki straszny, Dosyć przyjemny i nawet smaczny :) A Wy, jak wykorzystaliście te ostatnie dni?


(Post jest przeniesiony z poprzedniego bloga, oryginalna data publikacji-31 sierpnia 2015)