środa, 23 września 2015

Opowieść o Lunie, czyli jak zmieniać świat.


 Była sobota. Siedziałam od rana w kuchni, zabieram się właśnie za pieczenie babeczek czekoladowych. Weszła moja mama i podała mi telefon, dzwoniła babcia. Coś mi opowiadała, zaczynało się dość monotonnie: "Sąsiedzi chcieli pojechać samochodem..." A jednak.
 Gdy chcieli wsiadać, zatrzymał ich ich pies. Mufi szalenie szczekał, wydawałoby się że zupełnie bez powodu. Lecz po pilniejszym przysłuchaniu, słychać też miauczenie KOTA. Jak się później okazało, poniekąd uratował mu życie. Sąsiad wraz z moim dziadkiem zaczęli rozkręcać silnik i po dłuższym czasie udało im się wydostać malutkiego, czarnego jak smoła zwierzaczka. Niestety, przerażony pobiegł szybko do ogródka moich dziadków i wspiął się na drzewo.
 Mama, choć porządnie przeziębiona, podjęła od razu decyzję o pojechaniu do dziadków. Babcia nie do końca wiedziała co zrobić w takiej sytuacji, jak dotąd nie miała doświadczenia w opiece nad kotami. Gdy przyjechałyśmy, kotka siedziała już w garażu, pod samochodem. Na oko, miała maksymalnie 1,5 miesiąca i była bardzo wychudzona. Patrzyła na mnie, trzęsąc się cała, swoimi pięknymi, piwnymi oczyma. Jednak gdy tylko trochę się zbliżałam, uciekała pod auto. Nakarmiliśmy ją: zjadła bardzo dużo, na raz jakieś 3 plasterki szynki i pół kubeczka serka wiejskiego! Przez cały dzień próbowaliśmy ją choć trochę oswoić, pogłaskać, jednak ostatecznie uciekła przez siatkę do sąsiadów. Zrezygnowane musiałyśmy w końcu wrócić do domu.
 Cały dzień martwiłyśmy się o nią. Ciągle nękały nas pesymistyczne myśli: że będzie jej w nocy zimno, że będzie głodna, że zaatakuje ją jakiś kot albo pies. Około godziny 21.00 zadzwoniła do nas babcia, miała dobre wieści. Kotek wieczorem przyszedł pod drzwi i zaczął miauczeć, a gdy został wpuszczony, wszedł do środka. Powoli pozwalał sobie na głaskanie i nawet branie na ręce. W końcu usnął i był w domu przez całą noc.Następnego dnia ochszciłam ją imieniem Luna, ze względu na zupełnie czarną sierść.
 Lunka jest u dziadków już piąty dzień i ma się coraz lepiej. Powoli tyje i radośnie bryka po podwórku, poznaje okolice, bawi się zabawkami. Jest teraz takim naszym "oczkiem w głowie" i mam wrażenie, że Cindy i Tyson są bardzo zazdrośni :D

 Musiałam podzielić się z Wami tą historią, ponieważ zauważyłam coś, na co nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi... Nie chcę też, aby moje wywody brzmiały jakoś zbyt wyniośle, jednak napiszę o tym. Zdałam sobie sprawę, że pomaganie jest bardzo proste i przyjemne-nie trzeba wcale być bogatym, ani codziennie udzielać się w schronisku, aby zmienić czyjś los na lepszy. Wiem to z własnego doświadczenia, bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że uratowaliśmy Lunce życie(!) Chyba dlatego, że jest to taki pozornie banalny uczynek-rozkręcenie silnika trwało tylko godzinę, karma i żwirek nie obciążają zbytnio budżetu, a widok radosnego, biegającego kocięcia tylko uszczęśliwia. Natomiast z drugiego punktu widzenia, ktoś zyskał dach nad głową, przestał głodować, nie zginął w tragiczny sposób i poczuł się kochany. Myślę, że TO są życiowe priorytety. Na dodatek zapewnione tak prosto, że nawet niezauważalnie dla pierwszej strony. Pamiętajmy, aby codziennie starać się pomagać: działajmy w swoim otoczeniu i wiedzmy, że małe zmiany czynią wielkie. Zacznijmy od okolicy i w ten sposób ulepszajmy świat!

Ps. No i stało się. Powaga postu sięgnęła zenitu. Wybaczcie, ale tak to jest, że czasami trzeba porozkminać porządnie o życiu.