niedziela, 13 listopada 2016

A co ty jesz?

  

Pytanie, które jest jednocześnie tytułem dzisiejszego posta, bardzo często zadają mi osoby, które pierwszy raz mają styczność z moim weganizmem, jak i prawdopodobnie z weganizmem ogólnie. Pewnie liczą na krótką i zwięzłą odpowiedź, bo przecież odrzucam z jadłospisu tyle produktów, że mało co zostaje z pokarmów dozwolonych... Najczęściej odpowiadam w takich przypadkach, że słodycze i owsiankę, bo to najbardziej trafne, a jednocześnie nieszczegółowe opisanie mojego jadłospisu - w wielkim skrócie. Kto jednak jest ciekawy moich nawyków żywieniowych, co je Vegan Rebelka na swoje pokaźnych rozmiarów bicepsy lub czym można ją uwieść przez żołądek do serca, niech zostanie na tejże komputerowej stronnicy mojego bloga.

 Kalorie, makro i te sprawy
Wiele osób sądzi, że zbilansowanie diety roślinnej wymaga dużo czasu i sporej wiedzy na ten temat. To nie aż takie straszne, jakby się mogło wydawać. Ja jem po prostu to, na co mam ochotę i mam świetne wyniki badań. Staram się jeść dosyć zdrowo, ale na imprezach i podczas wypadów ze znajomymi ta zasada przestaje mnie obowiązywać. Przykłady? Duża pizza pożarta w pojedynkę (rzecz jasna) na urodzinach u koleżanki, burger z frytkami popity milkshakem na kolację jedzoną niedawno w wege knajpce, czekolada z masłem orzechowym kupiona za pieniądze wyłudzone od ludzi podczas Halloweenu i pochłonięta od razu po zakupie... Dobra, dość, bo zgłodniejecie. W każdym razie diety się nie trzymam. Przyjmuję od 2000 do 3000 kcal, w zależności od intensywności danego dnia. Dzień typu leżing, plażing, smażing (kiedy to było...) - 2000 kcal, trzy godziny akro w środę - nawet i więcej niż 3000. Nie liczę jednak kalorii ani makroskładników, są to liczby szacunkowe. Mogę powiedzieć, że w moim jadłospisie zdecydowanie przeważają węglowodany przez co określam siebie high-carbowcem, ale byłam nim zanim to słowo zostało w ogóle wymyślone. Po tłuszczach i produktach bogatych w białko mam często wzdęcia i czuję się ciężko, dlatego mimo miłości do orzechów i strączków staram się je ograniczać. Piję hektolitry ziół i herbaty - około 10 kubków dziennie. Uwielbiam napary z kopru włoskiego, mięty, melisy oraz herbatki owocowe. Oszczędnie używam soli, cukru i białej mąki. Większość rzeczy smażę na oleju kokosowym.

Śniadanie (7.00)
Kto obserwuje mnie na Snapchacie (martynga.imbir), mógłby rozwinąć ten podpunkt samodzielnie. Rano węglowodany najbardziej dominują w moich posiłkach. Jadam o tej porze:

-owsianki gotowane przeważnie na wodzie z owocami, czekoladą i odrobiną siemienia lnianego, pestek słonecznika i własnych orzechów włoskich




-tosty z masłem orzechowym lub pasztetem sojowym, do tego czasem z parówką sojową


-kanapki po prostu (domyślcie się, jak wyglądają "kanapki po prostu")

-naleśniki z owocami, masłem orzechowym, hummusem...no sami już wiecie







Po posiłku lubię jeszcze podgryzać wafle ryżowe albo marchewki. Moje śniadanie ma zazwyczaj 800-1000 kcal.

Drugie śniadanie (12.00)
Zawsze zabieram je do szkoły i zjadam o 12.00 na długiej przerwie. Tu repertuar nie jest aż tak rozbudowany, ponieważ ważna jest dla mnie poręczność i niebrudzące cechy jedzonka. Najczęściej na lunch wpadają:

-wafle ryżowe z pasztetem, hummusem, masłem orzechowym (przechowuję smarowidła w plastikowych pojemnikach)

-owocki

-bułka z warzywami, kiełkami, pastą

-kawałek pizzy

-mieszanka studencka

-niedobitki obiadowe, np. kasza ze smażonymi warzywami, fasolą i nasionami jedzona na zimno

W zależności od apetytu - 300-600 kcal.

Obiad (14.00-16.00)
W dni bez popołudniowej akrobatyki trochę szaleję i zjadam posiłki, po których czuję się nieco ciężej - tak jak już wspomniałam wyżej, są to potrawy zawierające np. kapustę albo fasolę, bądź rzeczy smażone. Korzystam z tego, że zostaję do wieczora w domu i nikt mnie z tą ciążą spożywczą nie widzi. ;) Co wielu osobom może wydawać się dziwne, mój obiad jest często mniej obfity i kaloryczny od śniadania. Czasami w ogóle nie mam na niego ochoty i zjadam po części "z rozsądku". Mieści się on w 600 kcal, nierzadko ma tylko 300 kcal. Najczęściej (z powodu braku czasu) przyrządzam szybkie potrawy, takie jak np.:

-kaszę z warzywami jakie znajdę w lodówce, orzechami, fasolą

-makaron z pesto i duszonym na patelni jarmużem, brokułem lub brukselką, z dużą ilością czosnku i papryki w proszku

-curry z mlekiem kokosowym i ciecierzycą

-naleśniki (no najczęściej na słodko...)

-odgrzewane gotowce (schabowe, pulpety, nuggetsy, kotlety sojowe, kupna pizza) - jednak niezwykle rzadko, w sytuacjach wyjątkowych

-pieczone ziemniaki z pieczoną ciecierzycą, maczane w ketchupie - mój ulubiony obiad, kiedyś przez cały tydzień jadłam tylko to

-zupy robione przez babcię (sama nienawidzę gotować zup) - krupnik, jarzynowa, fasolka po bretońsku

-spaghetti a'la bolognese (moja popisowa potrawa)

-sushi bez zawijania, czyli ryż pomieszany z tym, co w sushi znaleźć się powinno, włącznie z glonami nori

Kolacja (18.00-20.00)
Nie, nie pomyliłam się i podwieczorku rzeczywiście nie będzie, bo go nie jadam. Jego "funkcję" pełni inny posiłek, o którym więcej za chwilę. Omówmy kwestię kolacji. Wieczorem mam różne odchyły i spożywam rzeczy naprawdę przeróżne... Jem to, czego organizm się domaga i w jakiej ilości się domaga. Głodna nie zasnę. Lubię mieć porządek w lodówce, dlatego jeżeli zostaną w niej resztki z obiadu albo ostatni kawałek ciasta, to pod koniec dnia czeka je konsumpcja. ;) Ponieważ zaszufladkowanie jedzenia które zazwyczaj gości u mnie na kolacji byłoby niezwykle trudne, przedstawiam Wam po prostu gości z ostatnich dni, tadadammm:

-płatki z mlekiem czekoladowym i orzechami

-kanapki z grillowanym i marynowanym tofu 

-pół garnka białej kapusty mojej mamy

-chrupiąca ciecierzyca z patelni

-marchewki 

-pieczone ziemniaki, wiecie z czym

-tosty (z chleba pełnoziarnistego) z wegańskim serem, wędliną sojową i ketchupem

-tofucznica z jarmużem

Przekąska przed TV (21.00-22.00)
Zawsze oglądając z mamą ulubione programy wieczorne coś podgryzam. Ktoś za chwilę zarzuci mi że to niedobrze, że niezdrowo, że nabawię się otyłości (w końcu przede mną tylko 30 kg)... Ale mi ten "szkodliwy" nawyk naprawdę nic złego nie czyni. Wolę być szczęśliwa, a nie zamiast skupić się na tym, co dzieje się na ekranie, myśleć o jedzeniu. Lista moich top snacków, buzi:

-popcorn (bez soli i tłuszczu, robię sama, z naturalnych ziaren kukurydzy)

-gotowane na parze brokuły, kalafior, brukselka

-pomidory

-sałata lodowa (biorę całą główkę, odrywam sobie listek po listku i chrupię jak chipsy)

-gorzka czekolada

-własnoręcznie upieczone ciasteczka, batoniki, ciasta

-czasami paluszki (moje ulubione to te z Lajkonika, dla dzieci - "Safari")
 ------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ps. Post ten dedykuję pewnej wspaniałej osóbce, której co prawda nigdy nie spotkałam w świecie realnym, ale pomogła mi bardziej niż wiele osób które spotykam na co dzień... Dzisiaj oznajmiła mi ona, że poważnie zastanawia się nad wegetarianizmem. Mam nadzieję, że teraz ja będę miała okazję odwdzięczyć się jej choć trochę. Dziękuję za wszystko. <3